Leniuchujesz w pracy? Możesz skończyć z wypowiedzeniem. 2013-10-08

Podobno ci, którzy otwarcie przyznają się do leniuchowania w pracy, robią to 2 godziny dziennie. Czas ten pożytkują przede wszystkim na spacerku po portalach społecznościowych. Galeria zdjęć, komentarze czy aktualizacja statusu - to jest to, co zawodowe tygryski lubią najbardziej.

 

Tak to już chyba jest. W pierwszej kolejności intensywnie poszukujemy pracy. Pieczołowicie przygotowujemy się do rozmowy kwalifikacyjnej, pokazujemy siebie z  idealnej strony i … mamy ją! Hura! Praca! Własne biurko, telefon - czasami nawet piękny gabinet. Jeździmy lśniącym samochodem służbowym (w innych wersjach: rowerem, autobusem, pociągiem czy metrem) i staramy się być punktualni. Okres próbny leci jak na skrzydłach. Głównie za sprawą intensywnego angażowania się właściwie we wszystko. Dodatkowy raport? („nie ma sprawy!) Cztery spotkania więcej tygodniowo z kluczowymi klientami firmy? („bułka z masłem”). Spotkanie z prezesem po godzinach pracy? („ok!”). I tak mija rok, drugi… Wstyd się przyznać, ale czasami nasz wewnętrzny superpracownik z biegiem lat słabnie. Mamy poczucie, że jesteśmy w strefie stabilnego komfortu zawodowego i wtedy dzieją się niestworzone rzeczy.

 

Leniuchowanie to świetna alternatywa dla tych, którzy chcą działać w pojedynkę. Surfują po Internecie w zaciszu swojego komputera i mają pewność, że nikt nie doniesie do dyrekcji. Filmiki, zakupy online (końcówki kolekcji w dobrej cenie!), newsiki sportowe czy lifestyle’owe – a zegar tyka. Według badań systemu płatności internetowych PayByNet Polacy najczęściej realizują zakupy w Internecie w poniedziałek, między godz. 11 a 16, czyli w czasie, kiedy większość jest w pracy. W ten właśnie dzień jest 2,5 razy więcej transakcji niż w sobotę.

 

Bardziej odważni chętniej wypiją kolejną kawkę z koleżeństwem – nawet jeśli to koleżeństwo jest z innego działu.  Przecież kiedyś trzeba opowiedzieć o weekendzie, zapytać o dzieci i kolejny raz podkreślić, że szef nie dał podwyżki. Przeciągamy również strunę w wykorzystywaniu przerw. Wielu z nas maksymalnie pochłania wrzucanie czegoś na ruszt, lunch, obiad czy nawet zwykła kanapka. Ci, którym stanowisko pozwala, załatwiają prywatne sprawy poza biurem. A to wizyta w urzędzie („kiedy mam odebrać dokumenty?”), u dentysty („naprawdę, nie było innych terminów”), kosmetyczka („to tylko godzinka!”), u kumpla („stary, sto lat się nie widzieliśmy!), w sklepie z materiałami budowanymi („to właśnie dziś zostanę bohaterem w swoim domu!”), w dyskoncie spożywczym („nie mam kiedy zrobić zakupów”).

 

Okazuje się, że pozwalamy sobie na obijanie się, jeśli czujemy, że nikt od nas więcej nie wymaga. Robimy swoje i uciekamy do prywatnego świata. Chętniej tracimy czas w pracy, jeśli nie mamy z niej satysfakcji – szczególnie finansowej. Gdy zawodowe zadania nas nudzą, również więcej przesiedzimy na krześle, myśląc o niebieskich migdałach.

 

Tylko co mają powiedzieć pracodawcy, którzy po prostu chcą zapłacić za dobrze wykonaną robotę? Nikt przecież nie lubi być nabijany w butelkę.

Przekonała się o tym Karen, która jeszcze do niedawna pracowała jako Key Account Manager w międzynarodowym koncernie. “Często załatwiałam swoje prywatne sprawy podczas godzin pracy. A to kawka z koleżanką, wizyta w urzędzie czy kupowanie waluty na spłatę kredytu hipotecznego. Do czasu. W pewien piątek wyszłam około 14 z biura pod pretekstem spotkania z klientem, a tak naprawdę pojechałam do domu celebrować weekend. Niestety, klient ten przyszedł do naszej siedziby i wszystko wyszło na jaw. Mój szef poczuł się oszukany i za kłamstwo otrzymałam wypowiedzenie. Dyrektor nie mógł sobie pozwolić, aby dać w firmie przyzwolenie na “wagary” pracowników.  Szczęście, że nie wręczył mi dyscyplinarki” – wspomina.

Cóż, jak mawiał Benjamin Franklin, lenistwo wszystko utrudnia, a pilność ułatwia. Karen poszukuje nowego zatrudnienia. Pomimo sporych kwalifikacji, wykształcenia i doświadczenia zawodowego, na każdej rozmowie rekrutacyjnej wciąż wymyśla powody zakończenia współpracy z poprzednim pracodawcą. Trudno się przyznać, że to wszystko przez tak dobrze znany prawie wszystkim “piątek, piąteczek, piątunio”.

Read also:

Comment